» Numer 41


  »   Archiwalne numery
  »   Ogłoszenia drobne
  »   Reklama
  »   Prenumerata elektroniczna





Listy z Boliwii - list 3.

    Dorota Smoter, doktorantka wydziału architektury Politechniki Wrocławskiej, rok spędziła w Boliwii, walcząc o sprawiedliwość. Przypomnijmy, że ofiarą napaści na młodych Polaków został narzeczony Doroty - Darek Kowalek z Ostrzeszowa, ona sama cudem uniknęła śmierci (pisaliśmy o tym w nr. 32 i 33 CzO). Bez pieniędzy, bez znajomych musiała stawić czoła skorumpowanemu systemowi boliwijskiego prawa. Doprowadziła do skazania 12 osób, w większości na 30 lat- (max. wymiar kary w Boliwii ) i przetransportowania ich do jednego z 3 najcięższych więzień w Boliwii. Pracuje nad doktoratem, przygotowuje się do wystaw fotograficznych, pisze książkę.
    Specjalnie dla czytelników "Czasu Ostrzeszowskiego" pisze listy z Boliwii, które postaramy się systematycznie umieszczać w kolejnych wydaniach gazety.


12 września 2003, La Paz

    Wczoraj znienacka rozpoczęła się pora deszczowa, może nie zdawałam sobie sprawy z upływu czasu... Nieliczne twarze turystów już jakiś czas temu zniknęły z krajobrazu La Paz. Tu czas się mierzy inaczej: pora sucha, pora deszczowa, początek i koniec karnawału. W Polsce: 4 pory roku, kwitnące kasztany, 1 września- dzieci do szkoły, Boże Narodzenie, Wielkanoc i pisanki.
    Od wczoraj pada, przez okno widzę ośnieżone góry; La Paz przyczaja się, liczne skanalizowane rzeki w betonowych korytach, obwarowane dodatkowo murami, spotykają się w centrum miasta i niosą ze sobą duże ilości wody. Co kilka lat zdarzają się tragedie - kanały nie wytrzymują objętości i siły wody, pionowo w dół prowadzone ulice zamieniają się w śmiercionośne potoki porywające wszystko: małe kioski warzywne, fragmenty ścian, samochody, autobusy i ludzi... Potem jest spokój rok, dwa, pięć..., ale tak naprawdę, gdy pada, to miasto wstrzymuje oddech. Małe minibusy, podstawowy środek komunikacji miejskiej, pędzą odważnie brzegami kanałów, minibusowi chłopcy, nawołujący klientów przez okienko lub zawadiacko uczepieni dachu, balansując ciałem nad jezdnią i setką innych rozpędzonych pojazdów, patrzą od czasu do czasu na obmurowaną, ryczącą rzekę. Woda jest brązowa, brudna, spieniona, zła i zimna. I pędzi do centrum miasta.
    La Paz leży w dużym jakby leju wulkanicznym, obecne badania jednak mówią o tym, że nie jest to wulkan, tylko dolina, w której spotykają się rzeki. Pod budynkami znajduje się więcej niż 150 dużych podziemnych rzek, zamkniętych torem wodnym, które przez swoje ciśnienie utrzymują grunt w jakiej takiej równowadze. Wiedząc o tym i patrząc na wieżowce uczepione miejsc tak niebezpiecznych, przychodzi tu na myśl jedno - sztuka budowania akrobatycznego albo lepiej architektura akrobatyczna.
    Cíagle pada i ciagle jestem przeziębiona, i ciągle pozostaje wiele spraw do załatwienia - tych ciężkich, mniej ciężkich i tych najcięższych....
    Siedząc w kawiarni i rozmawiając z panią z konsulatu, słyszę szepty ze stolika obok: “To jest ta Polka, której o mało nie zabili wieśniacy z Camargo, jak ona może się uśmiechać i ciągle żyć; wsadziła do więzienia tyle osób, wcześniej czy później dosięgnie ją zemsta rodzin". Ble, ble, ble... Takie i podobne komentarze.
    To mnie nie przeraża, nie psuje mi humoru w danej chwili. Przyzwyczaiłam się do bezpośrednich gróźb, tylko, że... poza “daną chwilą" istnieje coś więcej, istnieję ja, ciągle ja. Z moją wiedzą na temat ludzi, którzy, gdy dowiadują się po jakimś czasie, kim jestem i co się stało - odsuwają się ode mnie. Boją się? Wstydzą się za Boliwię?
    Staram się żyć normalnie, prowadzić badania nad doktoratem, zaprzyjaźnić się (duże słowo!!) z kimś tu, w La Paz i boję się. Boję się tego, że Patrycja i Ramiro Aruhiza - dwójka młodych architektów w moim wieku, gdy się dowie, to odwróci się na pięcie i zniknie. Wiadomo, że przechodząc tak długą i trudną drogę można sobie zawsze powiedzieć - trudno, tacy są ludzie - źli, mali, z tysiącem masek, ale coś we mnie nie pozwala mi tak mówić i w to wierzyć. Jak zwykle... czas pokaże. Mam od nich wiele ciekawych informacji dotyczących miasta - czyli obiektu moich badań, dwie wycieczki w góry, z których roztacza się bajeczny widok. Na sobotę i niedzielę wybieramy się do dżungli, bierzemy namiot.
    Spotykam ich codziennie, gadamy o tysiącach przeróżnych rzeczy, wszystko to diametralnie odbiega od tych wszystkich rozmów, które prowadziłam przez ponad rok. A ja oddycham tą normalnością jak powietrzem.
    Wczoraj uzgodniliśmy z Avilio - brazylijskim architektem, który ma niezwykły dom - ogród w stylu trudnym do określenia, ale jedno jest pewne - dwa światy - ogród i dom stapiają się tam w jedno. A więc uzgodniliśmy z nim, że codziennie wieczorem będziemy się spotykać w trójkę: ja, Patrycja i Ramiro i wymieniać doświadczenia odnośnie sztuk walki. Dla mnie to jak zbawienie, samej czasem trudno jest ćwiczyć, nie widzi się swoich błędów. A muszę ćwiczyć, muszę nadrobić mięśniami ciągły ból. Nie wiem, ile jeszcze czasu mi potrzeba, może się lepiej nad tym nie zastanawiać. Ważne jest to, że dziś wieczorem zaczynamy, a potem robimy pierogi, śpimy na podłodze w kuchni i w sobotę o 4 rano ruszamy do dżungli na dwa dni. Mają mi pokazać jedno z ciekawszych miasteczek - miniaturę La Paz. Już "się ślinię" jako zapalony badacz.
    I ...czar może prysnąć, gdy się dowiedzą, gdy się zawstydzą za Boliwię, gdy nie będą mogli pojąć, jak ja mogę żyć i się uśmiechać, gdy nie będą wiedzieli, co powiedzieć.....
    I będę wiedziała i siądę wtedy przed zimnym monitorem, zasłuchana w szum komputera I zabiorę się do pisania kolejnego rozdziału mojej książki i mam nadzieję, że będę miała nadzieję na lepsze jutro.
    A zresztą, na razie nie mogę zbytnio marudzić: dalej mieszkam w magicznym domu za wielkim żywopłotem u Hany i Roberto, wielopoziomowy dom Avilio pełen kwiatów, rzeźb i różnych, dziwnych rzeczy jest dla mnie otwarty, doktorat idzie do przodu.
    Widzę śnieg za oknem, całkiem blisko, na poszarpanych górach. Czy uda mi się wrócić do domu na Boże Narodzenie? Dziś odbieram papiery wysłane przez Mlodego (mojego adwokata) z Camargo, w sprawie przewiezienia ostatniej skazanej i zeznania więźniów mówiące o tym, że ich obrońca z urzędu, w zamian za grubą sumkę pieniędzy, zorganizował ich nieudaną ucieczkę. Potem idę do konsulatu, piszemy listy do ministra i z tym lecę się spotkać z panią minister. Po drodze podrzucę do Avilio trzy białe króliki - prezent od moich domowników. Królik z kapelusza, zwariowany kapelusznik, Alicja w krainie Czarów, wszystko się z sobą przeplata. Czasem myślę, że tak jest - plątanina nadziei, bólu, baśni, iluzji i twarda rzeczywistość - sprawy do zrobienia, do zorganizowania. I mój ból, tylko dla mnie, niemieszczący się w linijkach literek na białej kartce.
    A za oknem widzę 3 psy jak 3 zmokłe kury, zwinięte w kłębek tuż przy klatce z królikami. Czasem nawet na tej wysokości uda się zobaczyć zieloną papugę, w sobotę i niedzielę będzie ich pod dostatkiem.
    Wczoraj zadzwoniła do mnie jedna pani w sprawie pracy i przeprowadzała wywiad. Stanowisko kierownicze w jakimś projekcie ze Stanów: “Pomoc dzieciom".
    Potrzebują kogoś z wykształceniem wyższym zdobytym w Europie - to wiedziałam wcześniej, ale zagotowałam się, słysząc niektóre pytania: "Co myślisz o polityce USA; jesteś biała; masz niebieskie oczy?" Cały problem międzynarodowych organizacji "niosących pomoc“ krajom biedniejszym tkwi w braku szacunku i niedocenianiu ludzi. Nigdy nie sądziłam, że niebieskie oczy są czynnikiem określającym poziom kultury i wiedzy, ale nie jest to pierwszy raz, gdy słyszę to jako pewnik z ust najmniej spodziewanych. Czasem ze strachem myślę, że jeżeli uda mi się zaprzyjaźnić z paroma osobami tutaj i potem zaproszę ich do Polski, to co się okaże? Jakim narodem jesteśmy, co usłyszę i czego się dowiem? Może tego, że jesteśmy większymi rasistami i bałwanami niż mi się śni?
    Boliwijska demokracja rodzi się powoli, wśród bólu i kul, po czasach dyktatury wojskowej. Parę miesięcy temu konflikt o podwyższenie płac policjantów i pokojowe zabarykadowanie się w Burmistrzostwie skończył się interwencją sił specjalnych i spaleniem połowy budynków na głównym placu w La Paz. Znowu popłynęła krew stromymi ulicami w dół, ku podziemnym rzekom. Znów koledzy z pracy zaczęli do siebie strzelać.
    La Paz jest miejscem demonstracji, miejscem interwencji wojska, miejscem plastikowych kul i gazu. Czasem idę z tłumem, bo jest mi po drodze, czasem nie - wolę po prostu zniknąć w kafejce internetowej, zza okna której słychać okrzyki: “chleba, pracy, sprawiedliwości". Potem strzały, zamieszanie... A ja siedzę w kafejce i odpisuję na listy. Życie ma wiele płaszczyzn, nie sposób o wszystkim pisać. Czasem po prostu brakuje słów.
    Handel uliczny kwitnie, lubię to, miasto z tego żyje, małe kramiki, grube Indianki w kloszowych, falbaniastych spódnicach i w niepasujących do ich gladiatorskiej postury wąskich bucikach z kokardkami; w wysokich cylindrowatych kapeluszach, z których obowiązkowo spływają dwa warkocze. I złote zęby.
    W domach nie ma ogrzewania, rano robię sobie podwójną zieloną herbatę z mlekiem, brakuje tylko szczypty soli, żeby zacząć myśleć o Tybecie i naszych przejściach przez Himalaje. Mam tu niezły rower, pożyczony od zakonnika i księdza polskiego. Bardzo dobrego człowieka. Gadamy czasem wieczorem, takie długie Polaków na obczyźnie rozmowy.
    Od wczoraj chodzę jak krańcowy burżuj i biznesmen, w kieszeniach tkwią dwa telefony komórkowe. Co zrobię, jak zadzwonią w tym samych czasie - ale będzie wstyd, wyciagnę je szybkim ruchem jak kowboje swoje pistolety i co dalej? Pierwszy zostawił mi Przemek, który po kilku latach pracy w Boliwii postanowił wrócić do Polski, drugi dostałam wczoraj.
    Dziś wizyta w parlamencie, o tyle to dziwne, że na wykwintnych korytarzach spotyka się chłopków - roztropków w pióropuszach, którzy piastują stanowiska deputowanych czy coś w tym rodzaju.(80 % populacji boliwijskiej to chłopi).
    Podwójna zielona herbata i uciekający czas...Powoli wschodzi słońce.

Dorota


1994 - 2007 © Borkow