» Numer 52


  »   Archiwalne numery
  »   Ogłoszenia drobne
  »   Reklama
  »   Prenumerata elektroniczna





WOJENNA OPOWIEŚĆ WIGILIJNA

    Ze względu na tragiczne okoliczności najbardziej utkwiła mi w pamięci Wigilia 1944 r. Było to w okolicach Rudnik, gdzie zostałam wywieziona do kopania niemieckich okopów. Odbywało się to już pod ostrzałem zbliżających się wojsk radzieckich. Na robotach przebywało tam kilkadziesiąt Polek. Mieszkałyśmy w nędznych "budach", ogrzewanych glinianym piecem, śpiąc pokotem na słomie. Cały dzień przebywałyśmy w polu, przy okopach. W pracy pilnowało nas niemieckie kapo z psami. Zaś pieczę nad wszystkimi sprawował oficer mieszkający wraz z rodziną w pobliskim pałacu. Wieczorem, kiedy wycieńczone wracałyśmy z pola, dostawałyśmy kawę i kawałek chleba, który musiał nam starczyć na drugi dzień. Podczas pracy w polu przywozili nam jeszcze zupę i to był nasz cały posiłek. W takich okolicznościach zastał nas dzień Wigilii. Jedna z koleżanek dostała z domu suchej fasoli. Nie mając garnka, wzięłyśmy miskę do mycia i w niej gotowałyśmy tę fasolę, szykując wigilijną wieczerzę, wspominając przy tym i popłakując. W pewnym momencie, ku naszemu przerażeniu, wchodzi do izby kapo ze szpicrutą w dłoni. Obleciał nas blady strach, bo przecież z niczym dobrym się nie zjawiał. Rozejrzał się po izbie i szpicrutą zrzucił nakrycie miski. Drżałyśmy, aby nie wyrzucił nam gotowanej potrawy, co często robił w czasie naszych posiłków w polu. Co tu mówić - nie był to dobry człowiek. Tym razem jednak nie wylał zupy, rozejrzał się po izbie i nic nie mówiąc, poszedł. Zachodziłyśmy w głowę, co miała znaczyć ta wizyta, w każdym razie odetchnęłyśmy z ulgą. Nie trwało długo, patrzymy, a on zjawia się ponownie. Znowu ciarki przeszły nam po plecach. Tymczasem kapo oznajmia nam, że mamy wszystkie pójść do dworku, bo tak chce oficer. Zdziwienie mieszało się z obawą, ale nie było rady - trzeba iść. Zbliżamy się do pałacyku, a oficer stoi w progu i wskazuje nam drzwi do salonu. Pokornie wchodzimy do oświetlonych, wytwornych pomieszczeń. U sufitu, zgodnie z ewangelicką tradycją, wisi okazały wieniec adwentowy, upleciony z zielonego świerku, z czterema świeczkami, symbolizującymi niedziele adwentu. Za stołem żona i dzieci dowódcy. On zaś każe nam siadać przy zastawionym stole i częstuje jedzeniem. Dotarło do nas, że jesteśmy zaproszone na wigilijną wieczerzę. Najwidoczniej kapo powiedział mu, że gotujemy fasolę i przygotowujemy się w tej zimnej "budzie" do wigilii. Być może drgnęło serce niemieckiemu oficerowi i postanowił zaprosić nas w ten wigilijny wieczór do swego pałacyku. Uczta trwała ponad godzinę. Najadłyśmy się do syta, co prawda nie łamałyśmy się opłatkiem, bo u Niemców nie ma takiej tradycji, ale oficer wraz z żoną złożyli nam świąteczne życzenia.


    Tej niespodziewanej wieczerzy wigilijnej nie zapomnę do końca życia. Wieczór, który zapowiadał się smutno i beznadziejnie, wlał w nasze serca otuchę i odrobinę radości. Jak widać, w tym dniu cuda się naprawdę zdarzają, a nastrój świąt sprawia, że najbardziej zatwardziałe serca topnieją.

Łucja Mazurkiewicz


1994 - 2007 © Borkow