Czas Ostrzeszowski

  » Czas Ostrzeszowski\2004 rok\Numer 02


  »   Archiwalne numery
  »   Ogłoszenia drobne
  »   Reklama
  »   Prenumerata elektroniczna





Matterhorn śniegu i lodu (wspomnienie lata)





    Południe, żar leje się z nieba niemiłosiernie, w naszym samochodzie czujemy się jak w piekarniku. Na szczęście za chwilę opuścimy go na parę dni. Cały poprzedni dzień pędziliśmy nim po autostradzie przez Niemcy, by wieczorem dotrzeć do Szwajcarii, pierwszego celu naszej wakacyjnej wyprawy. Zatrzymujemy się w Tasch, małej alpejskiej miejscowości, w której przeszło połowa powierzchni to parkingi i campingi. Centralnym punktem jest stacja kolejki, jedynego środka transportu do Zermatt, znanej szwajcarskiej miejscowości turystycznej, nieustannie tętniącej życiem bez względu na porę roku. Parę minut po 1400 wchodzimy do czerwonego wagonika i wygodnie rozsiadamy się w fotelach. Za oknami strome zbocza, wysoko ośnieżone szczyty, w dolinach soczysta zieleń traw. Po 40 minutach jesteśmy na ostatniej stacji, Zermatt. Szeregi uliczek wypełnionych hotelami, kawiarenkami, sklepami z pamiątkami oraz ze sprzętem alpinistycznym robią na nas niesamowite wrażenie. Wszystko czyste i poukładane, a na chodniku nie sposób dostrzec nawet papierka. Po ulicach przemieszczają się niezliczone ilości turystów z całego świata, międzynarodowa mieszanka języków dociera do naszych uszu. Szybko odnajdujemy informację turystyczną, zasięgamy wiadomości o pogodzie (pomyślne), nabywamy mapę okolicy i ruszamy na szlak. Turystyczne ścieżki zadbane aż miło. Spokojnym krokiem przemierzamy alpejskie łąki, pełne bujnej zieleni kontrastującej z błękitnym niebem, widoki nasuwają na myśl reklamę pewnej czekolady. Mijamy drewniane domki z kamiennymi dachami. Powoli zza wzniesień ukazuje się naszym oczom majestatyczny Matterhorn. Chwilę przed zachodem słońca jesteśmy u stóp tej pięknej góry. Dłuższą chwilę zabiera nam znalezienie w miarę równego i niekamienistego miejsca, gdzie moglibyśmy rozbić nasze namioty. W końcu nadchodzi czas jedzenia i odpoczynku, jednak przede wszystkim karmimy oczy widokiem Alp zanurzonych w pomarańczowych promieniach zachodzącego słońca. O zmroku podziwiamy rozgwieżdżone niebo nad nami. Vis a vis Matterhornu lodowiec, który na skutek tegorocznych, letnich upałów topi się i co chwila trzeszczy i pęka z hukiem. Choć jesteśmy w bardzo bezpiecznej odległości, lekki dreszczyk przechodzi po plecach. Szybka toaleta w lodowatym strumieniu czy raczej strugach z topniejącego na Matterhornie śniegu i lodu, po czym wskakujemy do namiotów, w których czekają nasze śpiwory. Wstajemy wczesnym rankiem wyspani i wypoczęci, w końcu to dopiero wysokość 2000 m n.p.m. Wchłaniamy śniadanko, zwijamy nasz biwak, smarujemy się kremem, bo słońce pali już bardzo ostro. Po krótkim marszu na azymut jesteśmy na szlaku. Z góry podziwiam alpejskie łąki, na których leniwie pasą się krowy, zupełnie inne niż te znane z polskich pastwisk, brązowe i zdecydowanie masywniejsze, z wielkimi dzwonkami na karku. Droga prowadzi stromo zygzakiem w górę. Za sobą zostawiamy już wszelką roślinność, dookoła nas już tylko kamienie, skały i żwir. Skały bogate w mikę mienią się specyficznie w pełnym słońcu. Przez trzy godziny spotykamy tylko jednego turystę, który z małym plecakiem mknął naszym szlakiem jak mała rakieta. W końcu dochodzimy do głównego szlaku prowadzącego od stacji kolejki górskiej do schroniska na 3260 m n.p.m.- celu naszej wyprawy. Jest to najdalej wysunięte miejsce, do którego można dojść, dalej droga na szczyt Matterhorn jest zamknięta, z powodu upałów zbyt niebezpieczna. Choć to główny szlak, to jednak jeszcze trzeba się trochę napocić, by wreszcie móc napić się wody na ławeczce przed schroniskiem. Tu już turystów jest znacznie więcej. Gdy jesteśmy na miejscu, zapominamy o wszelkim zmęczeniu, ponieważ widoki są urzekające. Niebo nieskażone żadną chmurą i rzędy białych ostrych szczytów, dalej dolina Zermatt. Po uzupełnieniu środków energetycznych ruszamy w dół. Przed zmrokiem musimy być na parkingu w Tasch. Słońce praży niemiłosiernie. Droga, choć w dół, wcale nie jest łatwa, niektórzy zaczynają narzekać na ból w mięśniach, długotrwałe schodzenie nachylonym szlakiem jest bardziej trudne niż wchodzenie. W Tasch, na campingu z rozkoszą zażywamy prysznica, zjadamy obfitą kolację. Przepakowujemy ciuchy, wsiadamy do samochodu i ruszamy w kierunku Chamonix, czas zmierzyć się z Mont Blanc. Ale o tym później.


M. Jackowiak


1994 - 2007 © Borkow

wski&r=ns.gif" tppabs="http://stat.4u.pl/cgi-bin/s.cgi?i=czasostrzeszowski&r=ns" width="1" height="1">