Czas Ostrzeszowski

  » Czas Ostrzeszowski\2004 rok\Numer 08


  »   Archiwalne numery
  »   Ogłoszenia drobne
  »   Reklama
  »   Prenumerata elektroniczna





Jak u Pana Boga za piecem

    Kiedy na dworze plucha albo przewala się burza śnieżna i trzyma tęgi mróz, przyjemnie jest oprzeć się plecami lub dłońmi o poczciwy kaflowy piec, który promieniuje magicznym ciepłem. Mimo naporu nowoczesnych systemów ogrzewania, takich bez "duszy", tradycyjne piece kaflowe w wielu mieszkaniach jeszcze się zachowały. One nie tylko ogrzewają, ale dodają uroku tym mieszkaniom, zwłaszcza jeśli piece te mają ileś dziesiątek, a może i ponad setek lat, są zbudowane z pięknych kafli, mają bogatą rzeźbiarską formę, ozdobne żeliwne drzwiczki. To już są zabytki i jeśli nawet niesprawne, to nie pozbywajmy się ich. Zresztą zawsze można przerobić je na gazowe lub elektryczne. Z piecem kaflowym, jeśli się w nim umiejętnie pali, nie ma kłopotów. Załadujemy rano i mamy cały dzień, a nawet do następnego dnia ciepło. Czasem piec kaflowy wbudowuje się w ścianę dzielącą dwa pomieszczenia, wtedy ogrzewa oba. Jeśli taki grzejący zabytek sam wyraża jakiś styl, to możemy do niego dopasować całe mieszkanie - dywany, wykładziny, obicia foteli, meble, ściany.


    W domu Marii i Józefa Muchów w Szklarce Przyg. stoi właśnie taki ciekawy piec. Z białych kafli, z ładną koroną i oryginalnymi drzwiczkami z napisem: K. Nier, Schildberg. Pan Józef opowiada: "Piec ten ma ok. 100 lat. Za mojej pamięci nie był remontowany, nawet czyszczony; nie ma zresztą tzw. okienka do wybierania sadzy z kanałów. Zawsze dobrze się w nim paliło, nawet przez 2 dni trzymał ciepło. Od 3 lat, tj. od momentu założenia CO, nie korzystamy już z niego. Syn chciał go zdemontować, ale nie pozwoliłem, niech zostanie pamiątka po dziadkach. Piec kuchenny, z podobnych kafli, zlikwidowaliśmy. Gdy go rozbierałem, żona wyszła z domu, tak było jej żal tego pieca. Był praktyczny, bo i ogrzał, i gotować na nim było można. Miał sabatnik do pieczenia chleba, zbiornik na gorącą wodę (kessel) i wnękę (framugę), w której można było postawić garnki, aby potrawy były ciepłe. Nie było problemów z opałem, bo drewna nigdy nie brakowało. Teraz mamy tylko kuchenkę gazową".
    Wróćmy jeszcze do wspomnianego napisu na drzwiczkach pieca p. Muchów. Wiadomo, że Schildberg to Ostrzeszów, a K. Nier? Otóż ok. 1910r. na Borku powstała fabryka garnków Niemca Karola Niera, prawdopodobnie garnków żeliwnych, skoro w tej fabryce odlewano drzwiczki. W zakładzie tym był już wtedy zastosowany napęd elektryczny, co świadczy o jego nowoczesności. W 1928 roku Nier zatrudniał 33 pracowników. W latach 1939-1945 w jego kaflarni pracowało 48 robotników, w tym 12 Niemców. Są to dane zaczerpnięte z "Dziejów Ostrzeszowa" pod red. S. Nawrockiego.


    Ciekawy piec kaflowy mogłem obejrzeć u p. Wacława Mickiewicza w Ostrzeszowie. W domu, w którym mieszka od 1953r., stoi przedwojenny piec, nieużywany już od 10 lat, od czasu założenia CO. Bardzo dobrze spisywał się przez te wszystkie lata. Bywał remontowany przez zduna, ale rozbierany nie był. Ma piękne zielone kafle z różanym wzorem. Ma też framugę, co widać na zdjęciu.
    "W drugim pokoju też stoi piec kaflowy, używany, ale zupełnie prosty.


    Kiedyś w sumie były trzy. Przed 45 rokiem mieszkałem na kresach. Tam pieców kaflowych nie mieliśmy, były gliniane piece, na których zimą można było się wygrzewać" -powiedział p. Wacław.
    W obecnych czasach coraz modniejsze stają się kominki, ale to tylko raczej dla ozdoby albo podniesienia prestiżu, bowiem pożytku większego z nich nie ma, chociaż, prawdę mówiąc, chciałbym sobie zasiąść na bujanym fotelu przed kominkiem, w którym trzaskałby płomień z palącego się świerkowego drewna. Bywają takie kominki, które potrafią ogrzać całe mieszkanie poprzez rozprowadzenie ciepłego powietrza rurami czy kanałami. Natomiast u nas w domu stał piec z fajerkami (żeliwnymi kręgami), które można było zdejmować, aby garnki stawiać bezpośrednio na płomieniu. Wielkość otworu zależała od liczby zdjętych fajerek. Pamiętam nawet ciężką żeliwną gofrownicę poniemiecką, którą stawiało się na takim ogniu - była okropnie okopcona. Mimo to gospodynie, kucharki bardziej cenią takie właśnie piece, podobno potrawy na nich przygotowane lepiej smakują. Cytowany już kiedyś przeze mnie ojciec Grande (M.T. Woźniakowie "Ojca Grande przepisy na zdrowe życie") tak mówi: "Rozmowa o prawdziwym chlebie zahaczyć musi o "prawdziwy" ogień, na którym kiedyś piekło się taki chleb(...) ogień, jaki daje drewno i węgiel, jest całkiem inny od gazowego czy elektrycznego, zabijającego wszelkie walory smakowo - zapachowe pieczywa(...) Nie rozgrzeje on np. dawnych garnków żeliwnych, jest na to zbyt słaby(...) A już ten najnowszy diabelski wymysł, czyli kuchenka mikrofalowa - to istne horrendum. Strumień drgających elektronów niszczy, druzgocze cząsteczki białka i potrawa z takiej kuchenki tylko wygląda na pożywienie, ale pożywieniem nie jest". Co racja, to racja!


    Ludzie szukają różnych sposobów ogrzewania mieszkań. Robią więc blaszane trociniaki, cyganki wyglądające jak kawał rury, opalane węglem - ale zapalane nie od dołu, tylko od góry, a płomień, żar w miarę upływu czasu przechodzi na dół. Na czasie są ekologiczne systemy ogrzewania: elektryczne, gazowe lub olejowe. Tu wkracza elektronika, człowiek niewiele ma przy nich do roboty. A pomyśleć, że ludzie grzali się przy ognisku, mieszkali w kurnych chatach...

Ryszard Pala


1994 - 2007 © Borkow

strzeszowski&r=ns.gif" tppabs="http://stat.4u.pl/cgi-bin/s.cgi?i=czasostrzeszowski&r=ns" width="1" height="1">