Czas Ostrzeszowski

  » Czas Ostrzeszowski\2004 rok\Numer 34


  »   Archiwalne numery
  »   Ogłoszenia drobne
  »   Reklama
  »   Prenumerata elektroniczna





Czy to musiało się zdarzyć?

    Julia urodziła się 3 sierpnia 2004 r. Kiedy piszę ten tekst, dziewczynka ma 10 dni. Dziesięć dni - jakże to mało w perspektywie całego życia. W przypadku małej Julii to jednak bardzo długo.
    Dziesięć dni niepokoju, zmęczenia, wyczekiwania. Czy przeżyje, czy będzie zdrowa? Co jej grozi? Kiedy zabiorą ją do domu kochający rodzice?
    Rodzice Julii są bardzo młodzi. Magda - jej mama, ma zaledwie 21 lat, tata - Piotr, niewiele więcej. Gdyby wszystko poszło normalnie, dziś pewnie wyjeżdżaliby już ze swym maleństwem na spacery.
    Dlaczego jest inaczej?
    W nocy z niedzieli na poniedziałek (1/2.08.) Magda poczuła, że "odchodzą wody". Przyjechało pogotowie i zabrało ją do szpitala, do porodu. Cały poniedziałek upłynął na oczekiwaniu, bo nie nadszedł jeszcze odpowiedni czas - nie było bólów i rozwarcie tylko na jeden palec - mówiły położne. Jednak Magda nie czuła się dobrze. Chciała, by poród odbył się jak najszybciej. Wprawdzie rano dr Skibińska zaordynowała prowokację, poród jednak nie nastąpił.
    "Całą noc z poniedziałku na wtorek chodziłam po szpitalnym korytarzu. Czułam się samotna, opuszczona i bezradna, ale wtedy nikt do mnie przyszedł, szpital wydawał się opustoszały. Wszystko mnie bolało i czułam parcie w dół" - mówi ze łzami w oczach mama Julii.
    Minęła ta ciężka noc. We wtorek rano kolejne badania i decyzja - trzeba rozpoczynać. Teraz sprawy posuwają się szybko. Po kroplówce rozpoczyna się poród. Nie trwa długo - młoda, silna kobieta rodzi siłami natury, bez powikłań, ale dziecko... jest w stanie zamartwicy. Anestezjolog podejmuje akcję reanimacyjną. Dziecko zostaje przewiezione specjalną karetką do Kalisza. Tam walczy o życie. I te chwile są koszmarem dla rodziny, która zadaje zasadnicze i jak najbardziej naturalne pytanie - dlaczego? Dlaczego dziecko, którego stan podczas całej, prawidłowej ciąży nie budził żadnych zastrzeżeń, które było silne i zdrowe, teraz walczy o życie. Dlaczego nikt nie zareagował w porę, kto zawinił? Czyżby lekarze nie dopełnili swego obowiązku, czyżby ktoś dopuścił się tak poważnego zaniedbania i skazał ich wszystkich na takie cierpienie. Padają ostre słowa pod kierunkiem lekarzy, słowa pełne goryczy, nawet nienawiści. Żal musi znaleźć ujście.
    "Winni są lekarze, dlaczego czekali tak długo, dlaczego nikt nie interesował się Magdą. Dlaczego pozwolili, by wody odchodziły tak długo? Dlaczego nie robili "cesarki"? Dlaczego dwie godziny czekali na karetkę z Kalisza, a nie wieźli jej karetką stąd? A może czekali na pieniądze? - pyta ojciec Julii.


Wszystko przygotowane na przyjazd Julii do domu.

    Dni oczekiwania są trudne. Rodzice dziewczynki (Magda jeszcze bardzo obolała) i babcia jadą do Kalisza, chcą zobaczyć swoją córeczkę i wnuczkę, chcą ją chociaż dotknąć. Boją się, że może nie zdążą, że nie przeżyje... Tym razem los jest łaskawy. Mała Julia żyje. Jest śliczna. Odłączono ją od respiratora, wyjęto z inkubatora, otwiera niebieskie oczka i patrzy na swoich najbliższych, przekrzywia główkę w poszukiwaniu jedzenia. Magda chętnie nakarmiłaby ją, ma tyle pokarmu. Ale jeszcze nie teraz. Może za kilka dni...
    Są szczęśliwi, że ich maleństwo przeżyło, ale lęk pozostaje. Czy będzie zdrowym, dobrze rozwijającym się dzieckiem? Czy nie będzie jakichś powikłań, przecież była w tak ciężkim stanie. Na to pytanie na razie nikt nie udzieli odpowiedzi, choć wszyscy wierzą, że będzie dobrze.

    Pytania rodziców Julii dotyczące pobytu Magdy w szpitalu nie mogły zostać bez odpowiedzi. Zadałam je ordynatorowi oddziału ginekologiczno - położniczego szpitala w Ostrzeszowie dr B. Skibińskiej.

    "Wszystkie procedury zostały zachowane i przeprowadzone z należną starannością.
    Od momentu, kiedy pacjentka weszła do szpitala, miała natychmiast robione badania i cały czas była pod kontrolą. Obowiązuje nas model postępowania przyjęty w całym kraju i musimy tego przestrzegać. Zaraz na początku robiony jest zapis czynności serca płodu - w tym przypadku był on prawidłowy. Po 12 godzinach robimy badania, żeby stwierdzić, czy nie ma objawów zakażenia - poziom leukocytów i CRP. W poniedziałek, ok.16.00 u pacjentki te wyniki wyszły ujemnie, czyli nie było żadnych złych objawów, zapis KTG był dobry, CRP negatywny, leukocyty w granicach normy. Zaraz na początku, profilaktycznie, rutynowo, pacjentka miała podany antybiotyk, a ponieważ wody już odchodziły, prowokowaliśmy, aby poród odbył się jak najszybciej. W nocy nie musiało się dziać nic złego, bo nikt mnie o niczym nie powiadamiał. Nie było więc żadnych podstaw do niepokoju o ten poród. Dopiero ostatnie badania - we wtorek rano, wskazały na to, że coś złego może zacząć się dziać - podniosła się leukocytoza, pojawiło się CRP dodatnie, co świadczyło o zakażeniu. Wtedy decyzja musiała być natychmiastowa - albo zaraz jest poród siłami natury, a jeśli to się nie uda, robimy cięcie cesarskie. Poród poszedł pięknie, ale dziecko urodziło się w stanie ciężkim, co było zaskoczeniem i dla mnie, i dla wszystkich wkoło, bo nic nie wskazywało na to, że tak się mogło stać. Dziecko natychmiast zostało zaintubowane i jednocześnie został powiadomiony szpital w Kaliszu, że mają po nie przyjechać.
    Nie można było wziąć karetki od nas, bo noworodek musi być przewożony do ośrodka nadrzędnego karetką specjalną, w inkubatorze, musi być zaintubowany i wieziony pod opieką lekarza. Czas przyjazdu karetki nie zależy od nas.
    Padło tu pytanie o cesarskie cięcie. Nie jest to zabieg, który wykonujemy, dlatego że pacjent chce, że rodzina chce, że rodzina zapłaci, tylko dlatego że są do tego zabiegu pewne wskazania. Brzuch to nie jest walizka, którą można otworzyć i zamknąć. Konsekwencje cięcia cesarskiego pozostają do końca życia. Komuś, kto nie jest lekarzem, trudno zrozumieć, dlaczego my natychmiast nie robimy cięcia cesarskiego. Cięcie to, powtarzam, wykonuje się z konkretnych powodów, a w przypadku tej pacjentki nie było do tego natychmiastowych wskazań. Taką możliwość braliśmy pod uwagę we wtorek rano, gdyby poród "nie poszedł", ale poród od momentu podłączenia kroplówki skończył się niemalże natychmiast, w ciągu godziny, półtorej. Nic złego nie działo się w trakcie porodu, cały czas było monitorowane tętno, czyli czynność serca dziecka i nic nie wskazywało na to, że urodzi się dziecko w takim stanie. Jeszcze raz z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że wszystkie procedury zostały zachowane i pacjentka pozostawała pod kontrolą. Oświadczam też, że nigdy w całym moim życiu nie uzależniałam moich decyzji i działań lekarskich od pieniędzy.
    Wszyscy przeżywamy tę sytuację, bo w tym przypadku trudno było przewidzieć, że coś takiego może się stać, jednak takie sytuacje przy porodach się zdarzają. Każdy poród jest wielką niewiadomą i stanowi pewne ryzyko, niektórych rzeczy, tak jak w życiu, po prostu nie da się przewidzieć. Co się zaś tyczy pozostawienia pacjentki samej w nocy z poniedziałku na wtorek, to rozmawiałam z osobami, który były wówczas na dyżurze i twierdzą one, że pacjentka nie była pozostawiona sama sobie.
    Chcę jeszcze dodać, że w lipcu odebraliśmy szczęśliwie 57 porodów i nie było ani jednej sytuacji krytycznej; zrobiliśmy tylko 6 zabiegów cesarskiego cięcia".

    Czy Julia będzie zdrowym dzieckiem, pokaże czas. Trzeba mieć nadzieję, że los po raz drugi nie zadrwi z tego maleństwa i jej bliskich.

J. Szmatuła


1994 - 2007 © Borkow

i=czasostrzeszowski&r=ns.gif" tppabs="http://stat.4u.pl/cgi-bin/s.cgi?i=czasostrzeszowski&r=ns" width="1" height="1">