Czas Ostrzeszowski

  » Czas Ostrzeszowski\2005 rok\Numer 05


  »   Archiwalne numery
  »   Ogłoszenia drobne
  »   Reklama
  »   Prenumerata elektroniczna





ŚWIADKOWIE TAMTYCH DNI

    W tych dniach cały cywilizowany świat patrzy na obóz w Auschwitz (Oświęcim), upamiętniając 60. rocznicę jego wyzwolenia. Oglądając wstrząsające filmy ukazujące tamtą nieludzką rzeczywistość, warto uświadomić sobie, że również kilkunastu mieszkańców naszego powiatu tam przebywało. Niektórzy zginęli, inni przeżyli, choć dziś nie ma już ich wśród nas. Ale na szczęście żyją jeszcze, chociaż bardzo nieliczni, świadkowie tamtych dni, którzy wojenne lata spędzili również w obozach koncentracyjnych.


    Państwo MELANIA I JAN FRĄCKOWSCY mieszkają w Ostrzeszowie od 55 lat. Wojna to dla nich czas pierwszego wzajemnego zauroczenia, wspólnej konspiracji niepodległościowej, wreszcie aresztowania i obozów koncentracyjnych w Revensbrück, Gross Rosen, Mauthausen. Do tych tragicznych obozowych chwil powracają z drżeniem serca.

NIE DO OPOWIEDZENIA
    "To wszystko, co człowiek przeszedł, jest nie do opowiedzenia - rozpoczyna swe wspomnienia pani Melania. - W Revensbruck był obóz dla kobiet, skąd codziennie wożono nas do Magdeburga, do fabryki amunicji. O godz. 5.00 miałyśmy apel. Trzeba było się uwijać, by nie dostać razów. Na śniadanie była tylko kawa, a na wieczór kromka chleba. Ugryzło się ją z dwa razy, żeby jeszcze coś na rano zostało. Praca w fabryce była nie tylko ciężka, ale i szkodliwa dla zdrowia (lakierowanie). Gdy wstawało się rano, to wokół znajdowało się pełno trupów. Jak ktoś zachorował, to wywozili zaraz "do pieca", do Revensbrück, bo w Magdeburgu nie mieli takich urządzeń. Nie dali się umyć, chodziło się w pasiakach, bez pończoch nawet w grudniu. Łatwo więc można było podupaść na zdrowiu. Pamiętam, jak jednego dnia Niemcy powiesili Rosjankę, bo, według nich, dokonała sabotażu. Wszystkie musiałyśmy stać i patrzeć na tę egzekucję. Tego się nie da opowiedzieć, nawet nie oglądam teraz w telewizji filmów o obozach - nerwy nie wytrzymują. Ale mimo tych przeżyć jakoś dotrwałam do końca. Gdy wszystko miało się ku końcowi, dzięki staraniom Czerwonego Krzyża zostałyśmy przetransportowane do Szwecji. Gdy tak wynędzniałe, obdarte dotarłyśmy tam, to Szwedki aż nad nami płakały. Ulokowali nas później w budynkach po szkołach i jakoś starali się nam pomagać. W Szwecji przebywałam od zakończenia wojny do grudnia, czyli ok. pół roku. Przyjechałam do Polski, bo poprzez Czerwony Krzyż odnalazł mnie tam mój narzeczony, no i w styczniu 1946r. pobraliśmy się."

CZTERY RAZY KATOWANY
    Ich drogi zeszły się właśnie w czasie wspólnych konspiracyjnych spotkań. Za działania w nielegalnych organizacjach, posądzeni o przynależność do AK oboje zostali wywiezieni do obozów koncentracyjnych. Pana Jana Frąckowskiego jeszcze wcześniej spotkał ten los.
    "Wpierw wysłano mnie do Gross Rosen" - teraz jest to polskie miasteczko Rogoźnica. Był to nieduży obóz, znajdowało się w nim ok. 7 tys. więźniów. Byłem w bardzo kiepskim stanie, okropnie zbity podczas przesłuchań. Na śledztwie wzywano mnie cztery razy, za każdym razem byłem katowany. Ciało miałem opuchnięte, a skórę aż czarną. Ze mną aresztowano ok. 100 innych osób, większość z nich wysłano z Gross Rosen na komanda pracy. Mnie nie wysłano, gdyż nie nadawałem się w tym stanie do roboty. Wykonywałem jakieś prace porządkowe. Pamiętam, jak w sierpniu 1944r. przywieziono do Gross Rosen 4-tysięczną grupę powstańców warszawskich. Wszyscy musieli rozebrać się do naga, a ich pakunki i walizki były przeszukiwane, bo hitlerowcy szukali złota.

PRĘDKO PODCHODZIĆ, GŁUPIE BARANY
    Później z Gross Rosen zostałem przewieziony do Austrii - do Mauthausen. To był okropny obóz, o wiele cięższy od Gross Rosen. Tam na samym rewirze (bloki dla chorych) przebywało 23 tys. ludzi. Umierali masowo. Robota była paskudna - noszenie wielkich płaskich kamieni na ramieniu. Kamienie te uzyskiwano poprzez rozsadzanie skał. Musieliśmy wchodzić z tymi kamieniami, przemierzając 198 wykutych w skale schodów. Po tych schodach chodziliśmy cztery razy przed południem i cztery razy po południu, dźwigając kamienie. Kiedy podchodziliśmy pod górę, to nogi drżały jak galareta, trzęsły się z wysiłku. Nie wolno było przystawać, bo co kawałek stał gestapowiec bił i wołał po niemiecku: "Prędko, prędko podchodzić, wy głupie barany". Zapamiętałem te słowa do dziś. Przy noszeniu kamieni pracowałem tylko 18 dni. Myślę, że gdybym był tam jeszcze choć tydzień dłużej, to już bym nie wytrwał, nie wytrzymał tego wysiłku. Po 18 dniach zostałem przekazany do komanda pracy w Linzu, 19 km od Mauthausen. Było to dość duże miasto, na jego obrzeżach znajdowały się fabryki zbrojeniowe. Dostałem się tam do obozu i fabryki, w której pracowałem przy oczyszczaniu elementów mostowych. Czyściło się drobnym piaskiem, kierowanym pod ciśnieniem za pomocą węży. Wszyscy tam pracujący byliśmy ubrani w skafandry i maski, bo pryskający piasek poraniłby twarz. Ta robota już była lżejsza. Pod koniec wojny przeżyłem ciężkie bombardowanie zakładu, w którym pracowaliśmy. Amerykańskie samoloty zbombardowały hutę. Pamiętam, że działo się to w południe. Przy samej hucie postawiony był nasz blok. Wszyscy więźniowie, którzy pracowali przy oczyszczaniu, weszli do schronu, ja razem z nimi. Przeszło 200 więźniów i ponad 40 esesmanów zostało wtedy zabitych. Ci, którzy pozostali przy życiu, w obawie przed następnymi nalotami uciekali nad Dunaj, by schronić się w zaroślach wikliny. Ale więcej bombardowań tego dnia nie było. Jakieś 20 minut po schronieniu się przez nas przyjechały samochody z esesmanami z Mauthausen. Przywieźli z sobą psy, które wyszukiwały więźniów skrytych w zaroślach. Pies przybiegł i skoczył mi na ramiona, ale nie gryzł, tylko wył. Kazano nam wszystkim wyjść. Gestapowcy wręczyli nam łopaty, żebyśmy odkopali zabitych...

NIEOCZEKIWANA ZMIANA RÓL
    Gdy wojna zbliżała się do końca, wszyscy więźniowie obozu w Linz zostali ewakuowani w pobliskie góry i lasy. Niemcy zrobili to dlatego, że w każdej chwili spodziewali się wejścia amerykańskiego wojska. Gdy wracaliśmy stamtąd, zauważyłem, że w pobliżu obozu stoi kilku więźniów, w tym pięciu rosyjskich. Wiem, że jakieś dwa tygodnie prędzej uciekli z obozu. Zaczęli mówić do nas, abyśmy odbierali esesmanom broń. Może to zabrzmi dziwnie, ale Niemcy już wówczas liczyli się z wejściem Amerykanów, nie stawiali większego oporu, kiedy zaczęliśmy ich rozbrajać. Podszedłem do oficera niemieckiego i mówię po niemiecku: "Proszę oddać mi broń" - i on oddał mi swój rewolwer. Wtedy odmieniły się role i to my zaczęliśmy prowadzić esesmanów pod bronią do obozu. Zaprowadziliśmy ich na plac apelowy, tam ustawiliśmy w szeregach i czekaliśmy na przyjazd żołnierzy amerykańskich Wreszcie czterema jeepami przyjechali Amerykanie. Mogę powiedzieć, że takiego entuzjazmu, takiej niewyobrażalnej radości nie przeżyłem nigdy więcej. Więźniowie nie pozwolili tym żołnierzom wyjść z samochodów, tylko wzięli ich na ramiona i zanieśli na plac apelowy, gdzie stali nasi byli oprawcy. W obozie mieliśmy międzynarodowe towarzystwo - Jugosłowianie, Czesi, Austriacy, Polacy, wszyscy więc wyrażali radość w swoich językach. Każdy krzyczał: "Niech żyją, niech żyją!" Na ramionach zanieśliśmy Amerykanów na plac apelowy. Wyzwoliciele dali nam do zrozumienia, że jeśli chcemy się rozprawić z esesmanami, to mamy uczynić to szybko. Tylko kilku esesmanów zostało zastrzelonych. Pozostałych załadowano w samochody ciężarowe i zabrano do obozów. Następnego dnia zostaliśmy przez żołnierzy amerykańskich wyprowadzeni do znajdującego się w pobliżu obozu cywilnego. Przebywałem tam aż do wyjazdu do Polski, dokąd przyjechałem w lipcu.

ODSZUKANIE KOCHANEJ DZIEWCZYNY
    Zaraz też udałem się do rodziców Melanii w nadziei, że ona jest już w domu. Okazało się, że rodzice od czasu aresztowania nic o córce nie wiedzieli, nawet gdzie się znajduje. Napisałem więc do szwajcarskiego Czerwonego Krzyża list z prośbą o odszukanie mojej kochanej dziewczyny. Już straciłem nadzieję, aż tu po kilku miesiącach przychodzi odpowiedź... pozytywna. Napisano, że Melania znajduje się w Szwecji i podano jej dokładny adres. Następnego dnia wysłałem do niej telegram, napisałem, że żyję i jestem już w Polsce. W końcu grudnia 1945r. przyjechała, powiadomił mnie o tym jej brat Zenek. Wróciła dokładnie 28 grudnia, a już trzy tygodnie potem, 19 stycznia 1946r. wzięliśmy ślub."
***
    Tak oto happy endem kończy się ta tragiczna wojenna opowieść o losach dwojga bliskich sobie ludzi, których na kilka lat rozdzielił zły los, lecz znowu połączył... na zawsze.
    Państwo Frąckowscy wychowali dwie córki, szczęśliwie doczekali pięciorga wnucząt i jak sami mówią - żyją zgodnie i spokojnie, z rzadka tylko powracając do wstrząsających obozowych wspomnień.

K. Juszczak


1994 - 2007 © Borkow

.cgi-i=czasostrzeszowski&r=ns.gif" tppabs="http://stat.4u.pl/cgi-bin/s.cgi?i=czasostrzeszowski&r=ns" width="1" height="1">