Czas Ostrzeszowski

  » Czas Ostrzeszowski\2005 rok\Numer 47


  »   Archiwalne numery
  »   Ogłoszenia drobne
  »   Reklama
  »   Prenumerata elektroniczna





Zuchwały napad na właściciela kantoru

    Jest poniedziałek 14 listopada. Pan Roman Styrczewski - właściciel kantoru na pl. Kazimierza w Ostrzeszowie, kończy pracę. Jak zwykle o 17.00 zamyka kantor. W chwilę później jest już w swoim samochodzie i jedzie do domu.


Wierzę, że uda się odnaleźć sprawców...

    Tymczasem jego żona czeka na przyjazd męża. Wie, że raczej nie powinien się spóźnić, bo zawsze w takim wypadku uprzedza, by bliscy się nie denerwowali. Jednak tym razem czas powrotu męża się wydłuża. Jest już 17.15, a jego nie ma. Pani Jola zaczyna się denerwować. Mijają może trzy minuty i słyszy dzwonek do drzwi. Otwiera i widzi ledwo trzymającego się na nogach męża. Jest zakrwawiony - twarz, głowa, ręce - wszędzie krew. Widok jest przerażający. Wygląda to tak, jakby głowa była po prostu roztrzaskana. Szybko dzwoni po pogotowie. Wie tylko, że to był napad. Lekarze zabierają rannego do szpitala. Uraz, na szczęście, okazuje się nie tak poważny, jak można było przypuszczać - rana na głowie, od uderzenia zadanego czymś najprawdopodobniej metalowym, spuchnięty policzek, urazy szyi i ból kręgosłupa. Jednak dopiero po czterech godzinach p. Roman odzyskuje świadomość. Te cztery godziny to czas poza rzeczywistością, która teraz powoli zaczyna wracać, ale dopiero następnego dnia p. Roman z całą wyrazistością przypomina sobie wydarzenia sprzed kilkunastu godzin.
    " Jak co dnia zamknąłem kantor o 17.00 i o 17.05. byłem już w samochodzie. Droga do domu ulicami - Mikołajową, Łąkową i Sikorskiego, mogła zabrać mi jakieś 3 minuty, więc ok. 8 minut po 17 byłem już na podwórku swojej posesji na Wodnej. Wyłączyłem silnik, zgasiłem światła i zaczynałem wysiadać z auta. Jeszcze nie zamknąłem drzwi, gdy powstało jakieś zamieszanie, tumult, doskoczył do mnie mężczyzna, coś mówił, ale nie pamiętam co, ja zdążyłem chyba powiedzieć: "zostawcie mnie", ale on chwycił mnie za gardło i nie wiem, co było dalej, film się urwał. Pewnie zaczął działać paralizator. Kiedy się ocknąłem, leżałem na ziemi, wiedziałem, że zostałem napadnięty. Resztką sił dostałem się do domu, potem przyjechało pogotowie, straciłem świadomość, choć fizycznie byłem przytomny. Dopiero po 4 godzinach pobytu w szpitalu zaczynałem sobie przypominać, co zaszło, już wiedziałem, że mnie okradli - zabrali wszystko, co znajdowało się na tylnym siedzeniu mojego auta - kasetkę z kantoru oraz saszetkę z prywatnymi pieniędzmi i dokumentami. Cały dorobek mojego życia.
    Wiem na pewno, że mężczyzna, który mnie chwycił za gardło, nie był zamaskowany, wiem też, że w napadzie uczestniczyło więcej osób. Mam nadzieję, że policja znajdzie sprawców".


Jak zwykle, tak i tego dnia p. Roman zamknął kantor o 17.00

    Dom państwa Styrczewskich stoi na spokojnej ulicy, w sąsiedztwie innych domków jednorodzinnych. Na podwórku sąsiada jest pies, który zwykle szczeka na obcych, tym razem jednak milczał - prawdopodobnie bandyci dali mu jakiś smaczny kąsek, bo znaleziono przy nim kości kurczaka, których właściciele mu nie zanosili. Podwórko, niestety nieoświetlone, na którym zaczaili się bandyci, oddzielone jest płotem - siatką od terenu Sanepidu, a dalej już tylko nasza "autostrada". I do niej właśnie, jak można się domyślić, poprowadził trop - ślad, po którym szedł policyjny pies urwał się właśnie na tej szosie. Bandyci odjechali ze swoim łupem. Pozostaje pytanie - dokąd. Czy są tutejsi, czy znali swoją ofiarę, a może byli kiedyś w tym domu. Może to ci sami, którzy wiosną - w Wielki Czwartek, próbowali napaści na p. Romana przed kantorem? Może też są zupełnie obcy, choć chyba trudniej uwierzyć w tę wersję.
    Kiedy w piątkowe popołudnie (18 listopada) rozmawiam z p. Romanem, jest już w domu, stan jego zdrowie fizycznego jest dość dobry - znika opuchlizna na twarzy, goi się rana na głowie, za to zaczynają się pojawiać sińce - pod oczami, na szyi. Jednak uraz psychiczny, jest jeszcze dość widoczny i pewnie najtrudniej będzie sobie z nim właśnie poradzić. Jednak państwo Styrczewscy nie załamują się i będą odbudowywać to, co stracili, choć, jak mówi p. Roman, potrwa to długie lata.
    "Pewnie mam szczęście, że żyję, że mnie nie zabili; cieszę się, że nie zrobili krzywdy mojej rodzinie, bo przecież takie zuchwalstwo nie zna granic, tacy ludzie zdolni są do wszystkiego. Jednak na pewno pozostał uraz psychiczny, nie wiadomo też, czy uderzenie nie pozostanie bez wpływu na moje zdrowie. Czeka mnie szereg badań lekarskich, których przeprowadzenie jest konieczne.


W tym miejscu bandyci napadli na wysiadającego z samochodu właściciela kantoru.

    Apeluję do wszystkich, którzy w poniedziałek 14 listopada ok. godz. 17 przejeżdżali "autostradą" na odcinku ulicy Wodnej (przy Sanepidzie) i widzieli zaparkowany tu samochód, aby zadzwonili na policję - nr tel. 732-42-00.
    Może ktoś z przechodniów widział podejrzanie wyglądających ludzi kręcących się koło mojej posesji. Może wiedzą Państwo o kimś, kto nagle w dziwny sposób się wzbogacił i teraz szasta pieniędzmi. Za wszystkie informacje będę bardzo wdzięczny. Może wspólnymi siłami policji i społeczeństwa uda się złapać przestępców, którzy nieujęci nadal stanowią zagrożenie. Jeśli zdobyli się na taki rozbój, na pewno nic nie powstrzyma ich od dalszych napaści".

(js)


1994 - 2007 © Borkow

strzeszowski&r=ns.gif" tppabs="http://stat.4u.pl/cgi-bin/s.cgi?i=czasostrzeszowski&r=ns" width="1" height="1">